Opowiadanie 3
***
Środek sceny, mimo iż oczy wszystkich uczestników pokazu wpatrzone w nich, oni nie widzą świata poza sobą. Nareszcie napawają się sobą nawzajem, tak długo na to czekali. Teraz przekonali się, że muszą być razem, bo osobno umierają. Umierają ich dusze i serca. Osobno nie da się żyć. W każdym razie oni by nie przeżyli. Aż śmieszne jest, że potrzebowali tyle czasu by się o tym przekonać i mimo, że ich drogi się rozchodziły i schodziły oni nareszcie są razem i będą razem aż do śmierci. Przynajmniej taką mają nadzieje.
A nigdy nie wiadomo co, lub kogo los postawi na ich drodze.
***
- Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa - rzekła Ula wtulając się w ukochanego na tarasie widokowym wpatrując się w księżyc, który tej nocy był wyjątkowo piękny. Pełnia robi swoje i ma "te" uroki.
- Mógłbym tak stać wiecznie - dopowiada do słów ukochanej, ale poczuwając lekkie dreszcze ukochanej i widząc gęsią skórkę na nagich ramionach dziewczyny* odrywa się od ukochanej, ściąga marynarkę i nakrywa nią kobietę. Widząc pytający wzrok Uli, mówi:
- Jest Ci zimno.
- Dziękuję - po czym jeszcze bardziej wtula się w ukochanego.
- Za co?
- Ula!? Marek!? - słyszą pytający głos Violetty przez "v" i 2 "t" - chodźcie bo się przeziębicie.
- Jeszcze chwilę - odpowiada Ula Kubasińskiej i gdy ta odchodzi mówi ściszonym głosem:
- Za wszystko, za miłość, za radość, za to, że jesteś. - odwraca się - Kocham Cię. nawet nie wiesz jak bardzo.
- Ja też Cię bardzo, bardzo kocham - i całuję swoją lubą.
Po pocałunku Ula odrywa się od Marka i dodaje :
- Chodźmy, bo chyba nas szukają.
Uśmiecha się promieniście, łapie go za rękę i ciągnie do sali bankietowej.
- No, Ulcia gdzieś ty była? - powiedział tata Uli, pan Józef podając rękę Markowi - my byśmy chcieli już jechać, bo Beatka zasypia na siedząco - wskazał na Alę**, która trzymała na kolanach usypiającą dziewczynkę.
- Wy jedźcie a ja jeszcze zostanę.
- A jak wrócisz, córcia?
- Ale Ula może zostać u mnie. Jeżeli tylko się zgodzi? - i spojrzał pytająco na pana Józefa i jego córkę.
- No dobrze. - odparła Ula.
- No to my jedziemy. Pa Ula. Do widzenia panie Marku - i szepnął Markowi na ucho - opiekuj się nią.
Marek tylko skinął głową.
Zostali na bankiecie jeszcze ponad godzinę, tańcząc i wymieniając się czułymi gestami, spojrzeniami i pocałunkami. Po balu pojechali do mieszkania Marka, gdzie po wspólnym prysznicu momentalnie zasnęli w swoich objęciach i nie wypuszczali się z nich aż do rana.
***
* - Ula była ciągle w sukni ślubnej, a ona nie ma ramion.
**- W moim opowiadaniu Ala miała tego dnia nocować u Cieplaków.
Moje opowiadania